środa, 4 listopada 2009

Powroty

Powroty są trudne. Re-aklimatyzacja trudniejsza niz aklimatyzacja w zupełnie nowym otoczeniu.
W Edim na początku był lekki strach, niepewność i zachwyt. A w zasadzie przede wszytkim zachwyt. W krk po powrocie głównie same rozczarowania i dziwny umysłowo-fizyczny paraliż.
O ilez łatwiej jest znajdować miejsce dla siebie wśród ludzi, którzy tak jak Ty próbują znaleźć miejsce dla siebie, bo też są nowi. A o ileż trudniej jest znaleźć sobie miejsce wśród ludzi, których kiedys dobrze znałeś a po 13 miesiącach przerwy znasz ich już mniej i oni znają Ciebie mniej, a Twoje stare miejsce przestało istnieć...
Moze za bardzo 'przemyśliwuję'... Moze wystarczy tylko więcej odwagi i determinacji, żeby wytłoczyć swoje stare miejsce, trochę czasu i trochę poświęcenia. Ale może po prostu nie chcę...
Istnieje Tamto miejsce, w którym było super. A tu nikt dokładnie nie wie jak super. Moze dlatego najbardziej cieszą mnie spotkania z ludźmi, których poznałam Tam, bo oni wiedzą i rozumieją. A ci tutaj nie rozumieją.
I wiem, ze będzie we mnie jeszcze długo tkwiła skłonność do porównywania tego tu i tego TAM.
Jakie to jest niefajne...

Chyba przyszła pora, żeby zakończyć bloga pod tytułem Auld Reekie i okolice. Tak, to najwyższa pora. Bo już mnie TAM nie ma...

piątek, 11 września 2009

Ostatni shift w Quality Link

Przez pół sierpnia dzwonili do mnie jeszcze z QL pytając czy nie mam jakichs dni off i nie moglabym przyjsc do pracy. Nie mogłam.
Az w koncu zadzwonili, kiedy moglam. Zgodzilam sie poswiecic moj wolny poniedzialek i powrocic do pingwinowego kubraczka. Ubralam sie w tą nędzną białą koszulę i wytyrane czarne spodnie i powędrowałam do National Museum of Scotland na shifta.

Nie żałuję:) po pierwsze spotkałam znów po ponad miesięczej przerwie mojego ukochanego managera Lincolna, po drugie pare starych znajomych z którymi zwykło się pracować, po trzecie znów zobaczyłam coś nowego i czegoś nowego sie dowiedziałam.

Nigdy wczesniej nie byłam w National Museum, nie wiedzieć czemu. Tym bardziej, że wejście jest darmowe. A jest super w środku. Musze tam jeszcze isc pozwiedzac zanim wyjadę, o tak!

Impreza sama w sobie też była ciekawa. Tzn ogólnie nudy na pudy, samo drink reception przez 4godziny, ale za to jaka okazja! Sir Jackie Stewart świętował swoje urodziny (spóźnione o jakies 2miesiące, ale cóż;) szkocki kierowca formuły 1, zdowybca 3 championship, ogólnie światowa sława;) w muzeum stoi sobie jako exponat jeden z jego bolidów, cool!

I mimo, że mi się okrutnie nie chciało iśc na tą zmianę, strasznie się cieszę, że nie odmówiłam:))) i miałam okazję w miłym otoczeniu pożegnać się z pracą w Quality Link...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Szaleństwo sierpniowego festiwalu

Crazy sierpień, najszybciej spędzony w moim zyciu miesiąc. Po nudach spowodowanych brakiem pray w czerwcu i lipcu, w sierpniu posypały sie oferty pracy, tak, ze nie wiadomo bylo z czego wybierac. Qualiy Link poszlo w zapomnienie, a moje życie podzieliło się pomiedzy Cafe Crepes a turecką restauracyjką Hanedan. Ahh...


Creperie była niczym nasz rodzinny-mieszkanowy business. Ja, Karol i Renia, wszyscy z jednego mieszkania, czulismy się, jakbyśmy to my sami prowadzili Cafe, szefcio miał na głowie jeszcze Wee Hut z niemieckimi kiełbaskami i drugą Cafe Crepes, wiec to my troszczylismy sie o biznes;)


Za ścianą rzadziły bagietki, z których staffem też mieliśmy super kontakt, więc dieta naleśnikowa czasem była urozmaicana jakś bagietką na sniadanie:)


Hanedan to zupełnie inna bajka, tam są ustalone już zasady i reguły, więc nie ma az takiej swobody, ale ogolnie jest bardzo miłe miejsce. Kucharz i wlasciciel w jednym - bardzo porzadny i dobry człowiek, tylko czasem mógłby się trochę wyluzować. Ale coż, zzdaję sobie sprawę, że niewiele mogę tu poradzić.


W sumie dobrze sie złożyło, że moglam czas pracy podzielic na dwa różne miejsca. Łatwiejsze dla psychiki jest zniesienie ponad 60h w tyg, gdy ma sie jakąś zmianą otoczenia w ciagu dnia. Moje zycie w sierpniu oparlo sie na bazie trójkąta: Polwarth Gardens - Cafe Crepes - Hanedan, lokalizujac to na mapie naprawde wychodzi trojkąt, a w jego srodku znajduje sie Underbelly, czyli jedno z bardziej ruchliwych centrów wydarzen festiwalowych.




Wygladało to tak, ze po porannym shifcie w naleśnikach, przechodziłam obok underbelly, zaglądając po drodze do Wee Hut z kiełbaskami, które akurat tam było ulokowane, i szłam do Hanedana. Po zakończeniu zmiany u Turka, wracałam pod Underbelly, gdzie spotykalismy sie z reszta nalesnikowego staffu i po jednej lub dwóch pintach i przygladaniu się ciekawym ludziom wracającym, tudziez wybierajacym sie na show, wracalismy do domu by nastepnego dnia powtórzyc rytuał;)

Czasem jeszcze zdarzalo sie przesiedziec do poznej nocy w Wee Hut pomagajac przy kielbaskach, jako ze byly one bardziej popularne niz nasze nalesniki, i czasem trzeba bylo wspomoc dobrych znajomch w trudach walki z klientami:P






Niestety pracując 7dni w tyg nie za bardzo był czas na zapoznianie sie z sztuką festiwalową, czasem udało sie wyjsc wieczorem na jakąs impreze, raz na show, który był nudnawy i przesiedzieliśmy w klubie 2h robiac origami z koleżanką, która akurat wróciła z Japonii i przywiozła specjalne papierki do zabawy w składanie;)

Ale trzeba przyznać, że miasto tętni życiem, faktycznie ludnosc podwaja sie (o ile nie potraja), na naszym mieszzkaniu przez ostatni tydzien festiwalu było 13 osób!!!! trudno uwierzyc ze wszysscy jakos sie pomiescili. Pewnej nocy po długim siedzeniu przy kiełbaskach wrocilam do mieszkania i przezyłam szok kladąc się do łóżka, które nie miało swojej zwyczajnej miękkości poniewaz.. ktoś wykradł mi jeden materac!!



Ale skończyło się, naleśniki oddaliśmy w rece nowych dziewczyn, ja pozostałam tylko przy Hanedanie, Karol pojechał na winobranie, Renia wrocila do Polski, Underbelly przestało istniec, pozostał jedynie pusty plac, van z kiełbaskami został odwiedziony na parking, mozna wreszcie normalnie przejsc przez Royal Mile bez stania w pieszym korku...Powiedzmy ze wszytko wrocilo do normy sprzed festiwalu, ale jakos tak puściej jest teraz... bardziej smutno, pogoda sie juz zepsuła totalnie... dzien wyjazdu zbliza sie nieubłagalnie i trzeba będzie opuścić piękny Edynburg... Eh, życie...

piątek, 24 lipca 2009

Graduation Ceremony

Po roku mniej lub bardziej wytęzonej nauki, zmagania ze zrozumieniem języka i treści przekazu, ze wszystkimi raportami i projektami, zarwanych nocach, przesiadywaniu do rana w Kilby Center przed komputerem przyszła chwila graduacji...





Jak część z was już wie, nie poszłam na swoją graduację, z paru powodów. Koszt - nieziemsko wysoki jak na stan mojej kieszeni na początku czerwca (kiedy to za ceremonię nalezalo zapłacić), jedyne osoby z mojej grupy, które kończyły tez ten rok - czyli dwójka francuzików - nie przyjezdzały na gratuation, częsc znajomych sie rozjechała, rodzice, moze troche mieli ochote, ale zdecydowali, ze jednak nie przyjada. Więc wszystko wpłynęło na decyzję, ze odpuszczam. Na szczęscie moi znajomi z businessów nie odpuścili i dwójka z nich 17lipca osobiscie, na podeście odbierala dyplom i ściskała rękę Deana. Kazda osoba mogla zaprosic 2 osoby towarzyszące - tym sposobem w bardzo miłym gronie zobaczyłam jak to wygląda.
















Ceremonia, oczywiście, troszkę nudnawa, przyznawanie doktoratów pracownikom uczelni (tak, tak) i mowy o tym, jaki to Edinburgh Napier University jest świetny. Nasi Chłopcy przeszli przez scenę, odebrali dyplomy, w przypadku Karola jeszcze medal i nagrodę za super osiągnięcia i najlepszą dissertation w School of Business.


Potem musieliśmy sie przemieścić (przy niezbyt rozpieszczejącej pogodzie) z Festival Theatre do campusu uczelni, gdzie czakało na nas drink reception! Tak, tak wreszcie! jestesmy na drink reception, ale nie jako obsługa. Tak nam dobrze znane drink reception, zasadniczo juz nam obrzydło przez pracę w Quality Link, ileż można - 'Would you like some more champagne, sir?' 'Would you like top up your wine, madam?' ehh. A tu wreszcie my zajadamy sie pięknymi canapes, dostajemy lampkę szampana i top-upy;)
Na koniec zostawiliśmy sobie sesję zdjęciową i przebieraniki w togę:) I zdecydowaliśmy, ze musimy dołozyc starań do tego, zeby w Polsce zwyczaj uroczystej graduacji w togach został wprowadzony, bo jest to naprawdę miłe przezycie;)


wtorek, 21 lipca 2009

Weselnych doświadczeń ciąg dalszy...

Uuuh, 5 wesel w przeciągu 10 dni.. - to było wyczerpujące. Ale 'coż to były za wesela' ;)

Pierwsze ujęło mnie za serce i to bardzo. Było przecudnie!! Wesele jak z filmu, ogromny biały marquee w ogrodzie, obok dwa małe namioty - jeden na drink reception, drugi dla dzieci (btw dla dzieci był wynajęty osobny staff, panie które organizowały im zabawy, pilnowały przy zabawie i jedzeniu itp)



Namiot główny (dla 230 gości) wyglądał po prostu prześlicznie! Czarne płótno jako sufit, z maleńskimi delikatnie migającymi światełkmi, jak gwieździste niebo... 18 okrągłych stołów, zastawionych bardzo elegancko, wystawne szkło, lampki na wino na super wysokiej nóżce, wysoki błysk szkła i sztućców, kwiaty, świece, krzesła w kremowym kolorze z granatowymi kokardami. Ogolnie tonacja kolorystyczna kremowo-granatowa. Zdjęcie poniżej oddaje co nieco ten klimat, niestety nie mogę w pracy robic zdjęc więc zapozyczyłam ze strony regencyevents.com



Samo wesele tez było niesamowite. Panna młoda pochodziła z RPA. Na wstępie, czyli przy drink reception i przekąskach śpiewał murzyński chór - przygrubawe Murzynki w długich do ziemi czerwonych togach, jak w filmach z Whoopi Goldberg. Druhny w granatowych sukniach, dwie małe dziewczynki-bliźniaczki w granatowo-kremowych sukieneczkach. Obiad, potem tańce. Świetny zespół grał na tym weselu, jakiś starszy pan złapał mnie na sali jak szłam z tacą, więc zakręciłam sie też z dwa razy na parkiecie;) było ślicznie... Pomijając fakt, ze z Edynburga wyjechalismy (wesele było w miejscowosci Biggar) o 10:30 a wróciliśmy o 2.00 w nocy, było super.



A następnego dnia, sobote, kolejne wesele. Tym razem w Edynburgu, w czymś co się nazywa the Hub, mieści się na Royal Mile i jest siedzibą festivalu edynburskiego. Wesele bardzo nietypowe. Najpierw dowiedzieliśmy się, że parą młodą jest para gejów. Następnie, że obaj poruszają się na wózkach inwalidzkich i że część ich gości również jest na wózkach. pomyślałam sobie tylko "...o matko!!' Sala niczym szczególnym nie zachwycala, majac jeszcze przed oczami wesele z Biggar wydawało mi sie, ze to co jest w Hubie jest brzydkie i w ogole nie szykowne.



Ceremonia zaślubin miała miejsce na antresoli, potem panowie młodzi i ich goście zjechali na dół. Muszę przyznać, ze widać było miedzy wszystkimi tymi ludzmi ogromną sympatię, wszysscy sie witają, ściskają, nie widać było zadnych negatywnych odruchów z zadnej strony, nie wiem czy cała rodzina chłopaków brała udział w tym weselu, raczej wyglądało, ze zdecydowana wiekszosc to ich znajomi z jakichs zrzeszeń inwalidow i/lub zrzeszeń homoseksualistów, choc w sumie był jeden stolik starszych ludzi, ktorych mozna by posądzić o bycie dziadkami.



Mój sceptycyzm osłabł gdy zobaczyłam first dance - pierwszy taniec w wykonianiu dwóch mężczyzn na wózkach. Czulam sie troche jakbym oglądała paraolimpiadę. Stałysmy z patrycją pod ścianą, przyglądając się ich wywijasom... Było to naprawdę poruszające... jak jeszcze dołączyła do nich kolejna para - panienka karzeł na wózku z wysokim chudym panem na wózku - i też zaczęli tańczyć - prawie nam łzy poleciały, na codzień się nie widzi takich rzeczy. Bardzo bardzo nietypowa impreza...





Następny dzień - niedziela - i kolejne wesele. tym razem w siedzibie lorda Hopetouna, gdzie jacyś jego potomkowie wciąz zamieszkują niektóre czesci pałacu znanego jako Hopetoun House. Ale wesele nie miało nic wspólnego z rodem Hopetounów. Było to znów dość niezwykłe wesele, bo... hinduskie. Całkiem tez elegancko, szykownie, dosc spore jak na warunki hopetounowego pałacu. Panna młoda - śliczna młoda hinduska w tradycyjnym sari, bogato zdobionym, w czerwieni, z mnóstwem ozdób, cekinów itp - ale naprawdę urocze. Pan młody hm.. jedyne na co zwróciłam uwagę to były jego buty - wyglądały jak buty Alladyna. Białe z mocno podwiniętym czubkiem, prawie, ze zakręconym w koło.




większosc gosci pojawila sie tez w tradycyjnych strojach, kobiety w roznokolorowych sari, mezczyzni jednak raczej w garniturach. Pojawilo sie tez sporo brytyjczykow. Duzo dzieci, ogolnie troche taki balagan - kucharze hinduscy spoznili sie z jedzeniem, ludzie nie siedzieli przy stolach, tylko caly czas w ruchu, troche jak polskie wesele. zupelnie inny sposob serwowanie potraw niz przywyklismy do teog w Quality Linku. Ale mimo wszystko bylo calkiem sympatycznie, luzno, troche ciezko, bo trzeba bylo nosic ogromne półmiski z indian food na stoliki. Spodziewaliśmy sie ze panstwo mlodzi przyjadą na słoniu, ale nie. Przyjechali tylko skromnym Bentley'em ;)



Kolejne dwa wesela, to juz następny weekend. Ale zmeczenie juz daje sie we znaki wiec moze innym razem;)

niedziela, 5 lipca 2009

Wesele po szkocku

Praca w agencji cateringowej daje jednak duzo mozliwości, umozliwia uczestniczenie w imprezach, których jako normalny, przeciętny człowiek nigdy w życiu pewnie bym nie uczestniczyła. Na przykład ogromne Garden Party u Królowej. Queen Elizabeth II przyjezdza raz na jakiś czas do Szkocji a co roku w jej szkockiej siedzibie Holyrood Palace (na przeciwko Szkockiego Parlamentu, u podnózy Arthur's Seat) jest organizowana wielka impreza w ogrodzie, w tym roku było zaproszonych 7100 osób. Było ślicznie, pogoda dopisała nadzwyczajnie, akurat była 'heat wave' (fala gorąca) nad UK, ponoc w Londynie 31 stopni. Slicznie, kwiaty (których część pozwolono nam wziąc do domu) eleganccy ludzie, wystrojone panie z kapeluszami, bardzo pieknie.



Ale nie o tym, nie o tym miało dziś być przeciez.



Wesela. Zdarzyło mi się uczestniczyć w bodajze 6 takowych uroczystościach, trochę jest inaczej niż u nas. Oto po krótce typowe szkockie wesele:
Pan młody (groom) jest zazwyczaj w kilcie, panna młoda (bride) w sukni koloru ecru. Goście płci męskiej w większosci w kiltach też, bardzo super wyglądają;)
Zaślubuny mają miejsce w jakiejś kaplicy lub też w jednej z sal wynajętego lokalu, w jakiejś bibliotece z zabytkowymi meblami wypełnionymi po sufit ogromnymi księgami itp.
Sala jest pięknie przygotowana, nakrycia z trzema widelcami, nożami, side plates'ami itp, szkło na wysoki połysk, białe obrusy na okrągłych stołach, białe nakrycia na krzesłach, wazony z kwiatami. Przyjęcia zazwyczaj niewielkie, 75-120 osób, plan dokładnie ułożony kto gdzie obok kogo, ustawione karteczki z nazwiskami (jeśli jest mniej formalnie - tylko z imionami).
Na początku odbywa sie tzw drink reception, powitanie szampanem w jednej z sal, canapes - drobne, eleganckie snaki typu łosoś, tarta ze szpinakiem lub grzybkami, zapiekany ser z jabłkiem i selerem, mozarella z tycim pomidorkiem i liściem bazylii, miniaturowe szaszłyczki, pachnące kawałeczki kurczaka, gorące mini-kiełbaski podawane w wydrążonym bochenku chleba, słodkie przekąski typu pudding ryżowy lub galaretkowy pimms , wszystko z tak niemozliwie trudnymi i wymyslnymi opisami, ze nie idzie tego zapamietac. Godzinne (max do dwóch godzin) drink reception odbywa się 'na stojąco', kelnerzy kręcą się wokoło dolewając szampana i oferujac przekąski. Fakt jest taki, że część gości doprowadza się juz wtedy do lekkiego stanu nietrzeźwości po skonsumowaniu 5 lampek szampana.
Pora na obiad, goście zostają wezwani do przejścia do pięknie przygotowanej sali, zawsze są ochy i achy, usadawiają się na swoich miejscach, kelner podchodzi do każdego stolika z dwoma butelkami wina oferując białe lub czerwone - first formal pour. Zaczynamy od startera (przystawki). Króluje łosoś, czasem jest zupa. Mały kawałek na środku talerza, z artystycznie polanym sosem i przyozdobiony efektownie jakimś trawskiem, ewentualnie kruchym krakersem. Odpowiednia ilość kelnerów podchodzi do kazdego stołu, tak, zeby dokładnie w tym samym momencie każdy z siedzących przy stole gości dostał swoją porcję. I tak rundki dookoła wsystkich stołów. Później danie głowne, porcje też 'racjonalnie' niewielkie, ale coś żeby było ładne, kaczka, jagnięcina, ziemniak w mundurku albo ryz, 2 ugotowane marcheweczki i pęczek ugotowanej fasolki szparagowej, ciemny sos, mega gorące talerze. Zazwyczaj lekkie zamieszanie z veggie options, choć zazwyczaj wiadomo wcześniej kto gdzie siedzi, więc np kelner nr 3 w swej prawej ręce niesie już wegetariańskie danie dla tej (nie)szczęsnej osoby, która nie je mięsa. W międzyczasie dolewki wina. Dzieci, jeśli jakieś są, dostają inną wersję - pizzę lub ziemniaczane pure z kiełbaskami.
Na koniec deser, oojj, tak, uwielbiam desery. Też estetyka na pierwszym miejscu, na talerzu naszkicowany czekoladowym sosem klucz wiolinowy, ciastko, lody, pudding w kieliszku, albo owocowy mus, róznie. Potem kawka podana z typowymi scotish tablets (super słodkie toffi w bardziej kruchej wersji o kształcie dużej kostki czekolady). No i jesteśmy po obiedziejest godzina 21 - teraz jeszcze jakies przemowy i ludzie zostają wygonieni z sali jadalnianej do sali na tańce. Czasem wiąze się to z przejsciem do innego budynku.
W momencie, gdy obiad jest zakończony otwiera sie bar = koniec darmowego alkoholu. Bar jest standardowy, bez żadnych ekskluzywnych drinków, ale zawsze jest jakiś wybór jednak. Piwo, wino, wódka, whisky, gin, rum z colą, spritem itp. Kazdy pije to co chce i za tyle za ile chce/moze zapłacić. Następuje pierwszy taniec, band grający bardziej lub mniej tradycyjne kawałki. Około 22 jest wieczorny buffet (czasem nawet nie ma) . Jeden długi stół pod ścianą na którym są: weselny tort pokrojony na kawałeczki, rozłozony na trzech talerzach, kawa i herbata do wyboru i zimne bułki z gorącym plastrem pieczonego boczku (veggie - bułka z jajecznicą). Ketchup, BBQ souce. Bufet trwa godzine około, potem składa sie i koniec żarcia. Ok 24 zamykany jest barek, o 00:30 goście wychodzą, czasem o 1:00. Koniec. Niektórzy raczej wytaczają się z tej sali a nie wychodza. i po imprezie. Nie ma żadnego siedzenia do 5 nad ranem, nie ma 4 gorących dań i 10 rodzajów ciast do wyboru, nie ma opustoszałych butelek wódki na stołach.
Ale zasadniczo jest wszystko, jest młoda para, są goście, jest obiad, jest toast, 3 godziny tańców, ciasto - jest wesele - wesele po szkocku.

wtorek, 26 maja 2009

Wycieczka do Blair Atholl


Decyzja podjęta na szybcika.
Sobota, godzina 12:30, przerwa w pracy,Tomek: - "Jedziemy do Blair , super impreza, highland games, super zamek, górki, piękna okolica, pociąg jutro o 9;35, jedziesz?"
Sobota, godzina 22:30, przed pójściem spać, sms do Tomka: - "Ok, jedziemy, o której ten pociąg i dokąd bilet trzeba?"

I tak w niedzielne południe wylądowaliśmy 6-osobową grupką w Blair Atholl, 2h z Ediego. W programie Highland Games:


- Stone put (a'la pchnięcie kulą)



- Weight throw (coś a'la lekkoatletyczny rzut młotem, zdjęcie ponizej dementuje pogłoski coby szkocji nie nosili bielizny pod spódnicą - NOSZą ogromniaste pantalony!)




- Scottish hammer throw (rzut młotem drewnianym, metalowa kula przyczepiona do długiej drewnianej rączki)

- Caber toss (wyrzut drewnianego drąga)

Śmieszne rzeczy. Najzabawniejsze, ze pierwsze miejsce w tradycyjnych szkockich Highland Games zajął.. ta da da da... POLAK! Sebastian Wenta, big man w kilcie;)

Było dużo atrakcji, konkurs na wrzucanie groszków do kibelka, tzn w sumie do butelki

Nasi chłopcy bardzo ładnie sie spisali, a nagrodą za wrzucenie 4 groszków były 4 butelki wina.

Bardzo przyjemna wycieczka:)

niedziela, 24 maja 2009

FINITO!

Drodzy Moi Czytalnicy, Rodzino, Drodzy Przyjaciele, oto chciałam ogłosić, iż z dniem 22 maja tj piątek, o godzinie 15:59, na minutę przed deadlinem, oddałam swój 36 stronnicowy raport z projektu o nowym produkcie znanym jako 'Red Wine Warmer', stworzony w ciągu 7 nocy i popołudni i tym samym zakończyłam semestr a zarazem rok studiów na prze-boskim Edinburgh Napier University

Wybaczcie to długaśne zdanie, ale chciałam, zeby brzmialo dumnie;) uff, jaki ciezar spadl ze mnie to nikt sobie nie wyobraza. Borykanie sie z product desingowaniem kosztowało mnie mnóstwo energii, pare deko paznokci pod biurkiem, pouszkadzaną skórę wokół nich, przejscie na diete kanapkową i - finally - utratę odporności, która sprawiła, że leżę teraz z laptopkiem na kolanach, kubkiem gorącej herbaty przy łożku i zestawem 'witaminki+aspirynki' w żółądku. Mimo to udało mi sie jeszcze wczoraj zaliczyć 50 rocznice ukończenia College of Surgeons świetowaną przez 33 staruszków; a dziś Garden Party w pałacu królowej, gdzie szkockie powietrze przewiało i przeziębiło całe moje ciało 15 tysięcy razy...

Ale to nie istotne, nie istotne. Ważne, że mam wolne, oddycham wreszcie powietrzem, które pachnie wakacjami. Wakacje wprawdzie pachną pracą, ale to już będzie czysta przyjemność. A przynajmniej z założenia, które przyjełam w najtrudniejszych momentach uczelnianej potyczki, ma to być czystą przyjemnościa;)



Na koniec dwa zdjecia, które użyłam w prezentacji na temat osiągnieć mojego projektu. bardzo mi sie spodobały więc się podzielę:

piątek, 8 maja 2009

MAJ!owa kolekcja wspomnień z 4 poprzednich miesięcy

Pora wrócić na blogowe łono, chyba...? nie wiem nawet dokładnie jak to się stało, ze przez tak długi okres nie napisałam nawet jednego słowa... W sumie wiem, lenistwo.

Straszne lenistwo mnie tu dopadło, aż mi wstyd się przyznać do tego.

A działo się różnie, dobrze i źle.



Były dobre imprezy... Powitanie pierwszego dnia wiosny z marzanną...

w fantastycznym, niezmiernie licznym gronie;) (a to jeszcze nie wszyscy którzy przybyli na party)


Fansastyczne imprezy tematyczne jak Mouse Party (ku uczczeniu myszek baraszkujących po mieszkaniu znajomych;)

Bawiliśmy się też w superherosów! Wprawdzie nie wszyscy mieli ochotę jednej nocy zamienić się w Superhero... ale byl Superman, CatWoman, Czarodziejka z Ksieżyca, James Bond, Indiana Jones, sporo policjantek itp;) Nie wiedzieć czemu pojawiła się też Pipi Langstrumpf i Joker.. może też coś mają wspólnego z herosami.. who knows?


Były też cudowne święta Wielkanocne. Malowanie pisanek, wydrapywanie i nabijanie;)



Wielkanocne Śniadanie u Patrycji zgromadziło ponad 20 ludzi i smakołyki z różnych zakątków świata. Była oczywiście zupa chrzanowa, był żurek z kiełbaską, sałatki, hinduskie i meksykańskie jedzenie, mazurek w wydaniu francuskim... Niemcy, Szwecja, Hiszpania, Francja, Indie, Meksyk, Polska, Szkocja zjednoczyły się przy wspólnym stole.



Po obzarstwie tysiąclecia szanoowna grupeczka zmobilizowała się i wyszła na zieloną trawkę, hah!~To było cudowne, marne próby gry w golfa na Meadowsach (mało nie zakończone katastroficznym uderzeniem małego dziecka ciężką piłeczką golfową- nie nie, nie przeze mnie, ja nie posiadam az takiej mocy uderzeniowej;)




Tak więc po marnych próbach gry w golfa, przeszliśmy do bardziej zespołowej dyscypliny jaką bylo rugby!! haha:D



Zabawa na całego, tym bardziej że część z nas, wystrojona w białe bluzeczki - w końcu święto, nie? - biegaliśmy jak szaleńcy po łąkach, rzucając sie za piłką... i na siebie też;)




Next - Śmigus Dyngus!! No przecież Wielkanoc nie może sie obejść bez lanego poniedziałku. kolejna zbiórka w innym parku i wielka akcja pt Wet Monday połączony z zachodnioeuropejskim zwyczajem chowania i szukania jajek:


Tym dzielnym sposobem dotarłam w mojej opowieści do połowy kwietnia.
Zupełnie inny czas niż pierwszy semestr... W zasadzie po pierwszym semestrze wszystko się zmieniło - inne mieszkanie, nowi, bardziej rozmowni współlokatorzy (nie jak poł-angliko-szkot karlik-idiota...przykro mi, ze tak sie wyrazam o czlowieku, ale brak słów po prostu) rezygnacja z okropnie denerwującej pracy na stacji zaowocowała zwiększoną ilością czasu i radykalnie zmniejszoną ilością pieniędzy.
Powróciłam za to do krakowskich korzeni pracy w cateringu/gastronomii. Spoczko praca, ale niestety zatrudnienie przez agencję nie daje pewności co do ilości godzin w ciągu tygodnia... Życie pędzi więc teraz z tygodnia na tydzień, w jednym tyg 22h pracy i ponad 100f, w kolejnym pare godzinek i wypłata z której można się pośmiać... Potem przychodzi rachunek za electricity na 400f i sprawia, że nogi ci się uginają i znów myślisz, hmm... jak to zrobić, gdy na koncie jest 40f a pracy na przyszły tydzien 8h...
Borykanie się z uczelnianymi sprawami pobiera ze mnie więcej energii niż dostarcza jej jedzenie... Przydałoby się jakieś nowe, niewyczerpywalne źródło energii... Ale jeszcze może styknie do końca semestru i zacznie się odnawiać;) Oby, of course - positive thinking.