środa, 4 listopada 2009
Powroty
W Edim na początku był lekki strach, niepewność i zachwyt. A w zasadzie przede wszytkim zachwyt. W krk po powrocie głównie same rozczarowania i dziwny umysłowo-fizyczny paraliż.
O ilez łatwiej jest znajdować miejsce dla siebie wśród ludzi, którzy tak jak Ty próbują znaleźć miejsce dla siebie, bo też są nowi. A o ileż trudniej jest znaleźć sobie miejsce wśród ludzi, których kiedys dobrze znałeś a po 13 miesiącach przerwy znasz ich już mniej i oni znają Ciebie mniej, a Twoje stare miejsce przestało istnieć...
Moze za bardzo 'przemyśliwuję'... Moze wystarczy tylko więcej odwagi i determinacji, żeby wytłoczyć swoje stare miejsce, trochę czasu i trochę poświęcenia. Ale może po prostu nie chcę...
Istnieje Tamto miejsce, w którym było super. A tu nikt dokładnie nie wie jak super. Moze dlatego najbardziej cieszą mnie spotkania z ludźmi, których poznałam Tam, bo oni wiedzą i rozumieją. A ci tutaj nie rozumieją.
I wiem, ze będzie we mnie jeszcze długo tkwiła skłonność do porównywania tego tu i tego TAM.
Jakie to jest niefajne...
Chyba przyszła pora, żeby zakończyć bloga pod tytułem Auld Reekie i okolice. Tak, to najwyższa pora. Bo już mnie TAM nie ma...
piątek, 11 września 2009
Ostatni shift w Quality Link
Az w koncu zadzwonili, kiedy moglam. Zgodzilam sie poswiecic moj wolny poniedzialek i powrocic do pingwinowego kubraczka. Ubralam sie w tą nędzną białą koszulę i wytyrane czarne spodnie i powędrowałam do National Museum of Scotland na shifta.
Nie żałuję:) po pierwsze spotkałam znów po ponad miesięczej przerwie mojego ukochanego managera Lincolna, po drugie pare starych znajomych z którymi zwykło się pracować, po trzecie znów zobaczyłam coś nowego i czegoś nowego sie dowiedziałam.
Nigdy wczesniej nie byłam w National Museum, nie wiedzieć czemu. Tym bardziej, że wejście jest darmowe. A jest super w środku. Musze tam jeszcze isc pozwiedzac zanim wyjadę, o tak!
Impreza sama w sobie też była ciekawa. Tzn ogólnie nudy na pudy, samo drink reception przez 4godziny, ale za to jaka okazja! Sir Jackie Stewart świętował swoje urodziny (spóźnione o jakies 2miesiące, ale cóż;) szkocki kierowca formuły 1, zdowybca 3 championship, ogólnie światowa sława;) w muzeum stoi sobie jako exponat jeden z jego bolidów, cool!
I mimo, że mi się okrutnie nie chciało iśc na tą zmianę, strasznie się cieszę, że nie odmówiłam:))) i miałam okazję w miłym otoczeniu pożegnać się z pracą w Quality Link...
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Szaleństwo sierpniowego festiwalu
Creperie była niczym nasz rodzinny-mieszkanowy business. Ja, Karol i Renia, wszyscy z jednego mieszkania, czulismy się, jakbyśmy to my sami prowadzili Cafe, szefcio miał na głowie jeszcze Wee Hut z niemieckimi kiełbaskami i drugą Cafe Crepes, wiec to my troszczylismy sie o biznes;)
Za ścianą rzadziły bagietki, z których staffem też mieliśmy super kontakt, więc dieta naleśnikowa czasem była urozmaicana jakś bagietką na sniadanie:)
Hanedan to zupełnie inna bajka, tam są ustalone już zasady i reguły, więc nie ma az takiej swobody, ale ogolnie jest bardzo miłe miejsce. Kucharz i wlasciciel w jednym - bardzo porzadny i dobry człowiek, tylko czasem mógłby się trochę wyluzować. Ale coż, zzdaję sobie sprawę, że niewiele mogę tu poradzić.
W sumie dobrze sie złożyło, że moglam czas pracy podzielic na dwa różne miejsca. Łatwiejsze dla psychiki jest zniesienie ponad 60h w tyg, gdy ma sie jakąś zmianą otoczenia w ciagu dnia. Moje zycie w sierpniu oparlo sie na bazie trójkąta: Polwarth Gardens - Cafe Crepes - Hanedan, lokalizujac to na mapie naprawde wychodzi trojkąt, a w jego srodku znajduje sie Underbelly, czyli jedno z bardziej ruchliwych centrów wydarzen festiwalowych.
Wygladało to tak, ze po porannym shifcie w naleśnikach, przechodziłam obok underbelly, zaglądając po drodze do Wee Hut z kiełbaskami, które akurat tam było ulokowane, i szłam do Hanedana. Po zakończeniu zmiany u Turka, wracałam pod Underbelly, gdzie spotykalismy sie z reszta nalesnikowego staffu i po jednej lub dwóch pintach i przygladaniu się ciekawym ludziom wracającym, tudziez wybierajacym sie na show, wracalismy do domu by nastepnego dnia powtórzyc rytuał;)
Czasem jeszcze zdarzalo sie przesiedziec do poznej nocy w Wee Hut pomagajac przy kielbaskach, jako ze byly one bardziej popularne niz nasze nalesniki, i czasem trzeba bylo wspomoc dobrych znajomch w trudach walki z klientami:P
Niestety pracując 7dni w tyg nie za bardzo był czas na zapoznianie sie z sztuką festiwalową, czasem udało sie wyjsc wieczorem na jakąs impreze, raz na show, który był nudnawy i przesiedzieliśmy w klubie 2h robiac origami z koleżanką, która akurat wróciła z Japonii i przywiozła specjalne papierki do zabawy w składanie;)
Ale trzeba przyznać, że miasto tętni życiem, faktycznie ludnosc podwaja sie (o ile nie potraja), na naszym mieszzkaniu przez ostatni tydzien festiwalu było 13 osób!!!! trudno uwierzyc ze wszysscy jakos sie pomiescili. Pewnej nocy po długim siedzeniu przy kiełbaskach wrocilam do mieszkania i przezyłam szok kladąc się do łóżka, które nie miało swojej zwyczajnej miękkości poniewaz.. ktoś wykradł mi jeden materac!!
Ale skończyło się, naleśniki oddaliśmy w rece nowych dziewczyn, ja pozostałam tylko przy Hanedanie, Karol pojechał na winobranie, Renia wrocila do Polski, Underbelly przestało istniec, pozostał jedynie pusty plac, van z kiełbaskami został odwiedziony na parking, mozna wreszcie normalnie przejsc przez Royal Mile bez stania w pieszym korku...Powiedzmy ze wszytko wrocilo do normy sprzed festiwalu, ale jakos tak puściej jest teraz... bardziej smutno, pogoda sie juz zepsuła totalnie... dzien wyjazdu zbliza sie nieubłagalnie i trzeba będzie opuścić piękny Edynburg... Eh, życie...
piątek, 24 lipca 2009
Graduation Ceremony
wtorek, 21 lipca 2009
Weselnych doświadczeń ciąg dalszy...

Samo wesele tez było niesamowite. Panna młoda pochodziła z RPA. Na wstępie, czyli przy drink reception i przekąskach śpiewał murzyński chór - przygrubawe Murzynki w długich do ziemi czerwonych togach, jak w filmach z Whoopi Goldberg. Druhny w granatowych sukniach, dwie małe dziewczynki-bliźniaczki w granatowo-kremowych sukieneczkach. Obiad, potem tańce. Świetny zespół grał na tym weselu, jakiś starszy pan złapał mnie na sali jak szłam z tacą, więc zakręciłam sie też z dwa razy na parkiecie;) było ślicznie... Pomijając fakt, ze z Edynburga wyjechalismy (wesele było w miejscowosci Biggar) o 10:30 a wróciliśmy o 2.00 w nocy, było super.
A następnego dnia, sobote, kolejne wesele. Tym razem w Edynburgu, w czymś co się nazywa the Hub, mieści się na Royal Mile i jest siedzibą festivalu edynburskiego. Wesele bardzo nietypowe. Najpierw dowiedzieliśmy się, że parą młodą jest para gejów. Następnie, że obaj poruszają się na wózkach inwalidzkich i że część ich gości również jest na wózkach. pomyślałam sobie tylko "...o matko!!' Sala niczym szczególnym nie zachwycala, majac jeszcze przed oczami wesele z Biggar wydawało mi sie, ze to co jest w Hubie jest brzydkie i w ogole nie szykowne.
Ceremonia zaślubin miała miejsce na antresoli, potem panowie młodzi i ich goście zjechali na dół. Muszę przyznać, ze widać było miedzy wszystkimi tymi ludzmi ogromną sympatię, wszysscy sie witają, ściskają, nie widać było zadnych negatywnych odruchów z zadnej strony, nie wiem czy cała rodzina chłopaków brała udział w tym weselu, raczej wyglądało, ze zdecydowana wiekszosc to ich znajomi z jakichs zrzeszeń inwalidow i/lub zrzeszeń homoseksualistów, choc w sumie był jeden stolik starszych ludzi, ktorych mozna by posądzić o bycie dziadkami.
Mój sceptycyzm osłabł gdy zobaczyłam first dance - pierwszy taniec w wykonianiu dwóch mężczyzn na wózkach. Czulam sie troche jakbym oglądała paraolimpiadę. Stałysmy z patrycją pod ścianą, przyglądając się ich wywijasom... Było to naprawdę poruszające... jak jeszcze dołączyła do nich kolejna para - panienka karzeł na wózku z wysokim chudym panem na wózku - i też zaczęli tańczyć - prawie nam łzy poleciały, na codzień się nie widzi takich rzeczy. Bardzo bardzo nietypowa impreza...
Następny dzień - niedziela - i kolejne wesele. tym razem w siedzibie lorda Hopetouna, gdzie jacyś jego potomkowie wciąz zamieszkują niektóre czesci pałacu znanego jako Hopetoun House. Ale wesele nie miało nic wspólnego z rodem Hopetounów. Było to znów dość niezwykłe wesele, bo... hinduskie. Całkiem tez elegancko, szykownie, dosc spore jak na warunki hopetounowego pałacu. Panna młoda - śliczna młoda hinduska w tradycyjnym sari, bogato zdobionym, w czerwieni, z mnóstwem ozdób, cekinów itp - ale naprawdę urocze. Pan młody hm.. jedyne na co zwróciłam uwagę to były jego buty - wyglądały jak buty Alladyna. Białe z mocno podwiniętym czubkiem, prawie, ze zakręconym w koło.

większosc gosci pojawila sie tez w tradycyjnych strojach, kobiety w roznokolorowych sari, mezczyzni jednak raczej w garniturach. Pojawilo sie tez sporo brytyjczykow. Duzo dzieci, ogolnie troche taki balagan - kucharze hinduscy spoznili sie z jedzeniem, ludzie nie siedzieli przy stolach, tylko caly czas w ruchu, troche jak polskie wesele. zupelnie inny sposob serwowanie potraw niz przywyklismy do teog w Quality Linku. Ale mimo wszystko bylo calkiem sympatycznie, luzno, troche ciezko, bo trzeba bylo nosic ogromne półmiski z indian food na stoliki. Spodziewaliśmy sie ze panstwo mlodzi przyjadą na słoniu, ale nie. Przyjechali tylko skromnym Bentley'em ;)
Kolejne dwa wesela, to juz następny weekend. Ale zmeczenie juz daje sie we znaki wiec moze innym razem;)
niedziela, 5 lipca 2009
Wesele po szkocku
Ale nie o tym, nie o tym miało dziś być przeciez.
Wesela. Zdarzyło mi się uczestniczyć w bodajze 6 takowych uroczystościach, trochę jest inaczej niż u nas. Oto po krótce typowe szkockie wesele:
Pan młody (groom) jest zazwyczaj w kilcie, panna młoda (bride) w sukni koloru ecru. Goście płci męskiej w większosci w kiltach też, bardzo super wyglądają;)
Zaślubuny mają miejsce w jakiejś kaplicy lub też w jednej z sal wynajętego lokalu, w jakiejś bibliotece z zabytkowymi meblami wypełnionymi po sufit ogromnymi księgami itp.
Sala jest pięknie przygotowana, nakrycia z trzema widelcami, nożami, side plates'ami itp, szkło na wysoki połysk, białe obrusy na okrągłych stołach, białe nakrycia na krzesłach, wazony z kwiatami. Przyjęcia zazwyczaj niewielkie, 75-120 osób, plan dokładnie ułożony kto gdzie obok kogo, ustawione karteczki z nazwiskami (jeśli jest mniej formalnie - tylko z imionami).
Na początku odbywa sie tzw drink reception, powitanie szampanem w jednej z sal, canapes - drobne, eleganckie snaki typu łosoś, tarta ze szpinakiem lub grzybkami, zapiekany ser z jabłkiem i selerem, mozarella z tycim pomidorkiem i liściem bazylii, miniaturowe szaszłyczki, pachnące kawałeczki kurczaka, gorące mini-kiełbaski podawane w wydrążonym bochenku chleba, słodkie przekąski typu pudding ryżowy lub galaretkowy pimms , wszystko z tak niemozliwie trudnymi i wymyslnymi opisami, ze nie idzie tego zapamietac. Godzinne (max do dwóch godzin) drink reception odbywa się 'na stojąco', kelnerzy kręcą się wokoło dolewając szampana i oferujac przekąski. Fakt jest taki, że część gości doprowadza się juz wtedy do lekkiego stanu nietrzeźwości po skonsumowaniu 5 lampek szampana.
Pora na obiad, goście zostają wezwani do przejścia do pięknie przygotowanej sali, zawsze są ochy i achy, usadawiają się na swoich miejscach, kelner podchodzi do każdego stolika z dwoma butelkami wina oferując białe lub czerwone - first formal pour. Zaczynamy od startera (przystawki). Króluje łosoś, czasem jest zupa. Mały kawałek na środku talerza, z artystycznie polanym sosem i przyozdobiony efektownie jakimś trawskiem, ewentualnie kruchym krakersem. Odpowiednia ilość kelnerów podchodzi do kazdego stołu, tak, zeby dokładnie w tym samym momencie każdy z siedzących przy stole gości dostał swoją porcję. I tak rundki dookoła wsystkich stołów. Później danie głowne, porcje też 'racjonalnie' niewielkie, ale coś żeby było ładne, kaczka, jagnięcina, ziemniak w mundurku albo ryz, 2 ugotowane marcheweczki i pęczek ugotowanej fasolki szparagowej, ciemny sos, mega gorące talerze. Zazwyczaj lekkie zamieszanie z veggie options, choć zazwyczaj wiadomo wcześniej kto gdzie siedzi, więc np kelner nr 3 w swej prawej ręce niesie już wegetariańskie danie dla tej (nie)szczęsnej osoby, która nie je mięsa. W międzyczasie dolewki wina. Dzieci, jeśli jakieś są, dostają inną wersję - pizzę lub ziemniaczane pure z kiełbaskami.
Na koniec deser, oojj, tak, uwielbiam desery. Też estetyka na pierwszym miejscu, na talerzu naszkicowany czekoladowym sosem klucz wiolinowy, ciastko, lody, pudding w kieliszku, albo owocowy mus, róznie. Potem kawka podana z typowymi scotish tablets (super słodkie toffi w bardziej kruchej wersji o kształcie dużej kostki czekolady). No i jesteśmy po obiedziejest godzina 21 - teraz jeszcze jakies przemowy i ludzie zostają wygonieni z sali jadalnianej do sali na tańce. Czasem wiąze się to z przejsciem do innego budynku.
W momencie, gdy obiad jest zakończony otwiera sie bar = koniec darmowego alkoholu. Bar jest standardowy, bez żadnych ekskluzywnych drinków, ale zawsze jest jakiś wybór jednak. Piwo, wino, wódka, whisky, gin, rum z colą, spritem itp. Kazdy pije to co chce i za tyle za ile chce/moze zapłacić. Następuje pierwszy taniec, band grający bardziej lub mniej tradycyjne kawałki. Około 22 jest wieczorny buffet (czasem nawet nie ma) . Jeden długi stół pod ścianą na którym są: weselny tort pokrojony na kawałeczki, rozłozony na trzech talerzach, kawa i herbata do wyboru i zimne bułki z gorącym plastrem pieczonego boczku (veggie - bułka z jajecznicą). Ketchup, BBQ souce. Bufet trwa godzine około, potem składa sie i koniec żarcia. Ok 24 zamykany jest barek, o 00:30 goście wychodzą, czasem o 1:00. Koniec. Niektórzy raczej wytaczają się z tej sali a nie wychodza. i po imprezie. Nie ma żadnego siedzenia do 5 nad ranem, nie ma 4 gorących dań i 10 rodzajów ciast do wyboru, nie ma opustoszałych butelek wódki na stołach.
Ale zasadniczo jest wszystko, jest młoda para, są goście, jest obiad, jest toast, 3 godziny tańców, ciasto - jest wesele - wesele po szkocku.
wtorek, 26 maja 2009
Wycieczka do Blair Atholl
Sobota, godzina 12:30, przerwa w pracy,Tomek: - "Jedziemy do Blair , super impreza, highland games, super zamek, górki, piękna okolica, pociąg jutro o 9;35, jedziesz?"
Sobota, godzina 22:30, przed pójściem spać, sms do Tomka: - "Ok, jedziemy, o której ten pociąg i dokąd bilet trzeba?"
- Weight throw (coś a'la lekkoatletyczny rzut młotem, zdjęcie ponizej dementuje pogłoski coby szkocji nie nosili bielizny pod spódnicą - NOSZą ogromniaste pantalony!)
- Scottish hammer throw (rzut młotem drewnianym, metalowa kula przyczepiona do długiej drewnianej rączki)
- Caber toss (wyrzut drewnianego drąga)
Nasi chłopcy bardzo ładnie sie spisali, a nagrodą za wrzucenie 4 groszków były 4 butelki wina.
Bardzo przyjemna wycieczka:)
niedziela, 24 maja 2009
FINITO!
Wybaczcie to długaśne zdanie, ale chciałam, zeby brzmialo dumnie;) uff, jaki ciezar spadl ze mnie to nikt sobie nie wyobraza. Borykanie sie z product desingowaniem kosztowało mnie mnóstwo energii, pare deko paznokci pod biurkiem, pouszkadzaną skórę wokół nich, przejscie na diete kanapkową i - finally - utratę odporności, która sprawiła, że leżę teraz z laptopkiem na kolanach, kubkiem gorącej herbaty przy łożku i zestawem 'witaminki+aspirynki' w żółądku. Mimo to udało mi sie jeszcze wczoraj zaliczyć 50 rocznice ukończenia College of Surgeons świetowaną przez 33 staruszków; a dziś Garden Party w pałacu królowej, gdzie szkockie powietrze przewiało i przeziębiło całe moje ciało 15 tysięcy razy...
Ale to nie istotne, nie istotne. Ważne, że mam wolne, oddycham wreszcie powietrzem, które pachnie wakacjami. Wakacje wprawdzie pachną pracą, ale to już będzie czysta przyjemność. A przynajmniej z założenia, które przyjełam w najtrudniejszych momentach uczelnianej potyczki, ma to być czystą przyjemnościa;)


piątek, 8 maja 2009
MAJ!owa kolekcja wspomnień z 4 poprzednich miesięcy
w fantastycznym, niezmiernie licznym gronie;) (a to jeszcze nie wszyscy którzy przybyli na party)
Fansastyczne imprezy tematyczne jak Mouse Party (ku uczczeniu myszek baraszkujących po mieszkaniu znajomych;)
Były też cudowne święta Wielkanocne. Malowanie pisanek, wydrapywanie i nabijanie;)
Wielkanocne Śniadanie u Patrycji zgromadziło ponad 20 ludzi i smakołyki z różnych zakątków świata. Była oczywiście zupa chrzanowa, był żurek z kiełbaską, sałatki, hinduskie i meksykańskie jedzenie, mazurek w wydaniu francuskim... Niemcy, Szwecja, Hiszpania, Francja, Indie, Meksyk, Polska, Szkocja zjednoczyły się przy wspólnym stole.
Tak więc po marnych próbach gry w golfa, przeszliśmy do bardziej zespołowej dyscypliny jaką bylo rugby!! haha:D
Zabawa na całego, tym bardziej że część z nas, wystrojona w białe bluzeczki - w końcu święto, nie? - biegaliśmy jak szaleńcy po łąkach, rzucając sie za piłką... i na siebie też;)
Next - Śmigus Dyngus!! No przecież Wielkanoc nie może sie obejść bez lanego poniedziałku. kolejna zbiórka w innym parku i wielka akcja pt Wet Monday połączony z zachodnioeuropejskim zwyczajem chowania i szukania jajek:
Tym dzielnym sposobem dotarłam w mojej opowieści do połowy kwietnia.