
Samo wesele tez było niesamowite. Panna młoda pochodziła z RPA. Na wstępie, czyli przy drink reception i przekąskach śpiewał murzyński chór - przygrubawe Murzynki w długich do ziemi czerwonych togach, jak w filmach z Whoopi Goldberg. Druhny w granatowych sukniach, dwie małe dziewczynki-bliźniaczki w granatowo-kremowych sukieneczkach. Obiad, potem tańce. Świetny zespół grał na tym weselu, jakiś starszy pan złapał mnie na sali jak szłam z tacą, więc zakręciłam sie też z dwa razy na parkiecie;) było ślicznie... Pomijając fakt, ze z Edynburga wyjechalismy (wesele było w miejscowosci Biggar) o 10:30 a wróciliśmy o 2.00 w nocy, było super.
A następnego dnia, sobote, kolejne wesele. Tym razem w Edynburgu, w czymś co się nazywa the Hub, mieści się na Royal Mile i jest siedzibą festivalu edynburskiego. Wesele bardzo nietypowe. Najpierw dowiedzieliśmy się, że parą młodą jest para gejów. Następnie, że obaj poruszają się na wózkach inwalidzkich i że część ich gości również jest na wózkach. pomyślałam sobie tylko "...o matko!!' Sala niczym szczególnym nie zachwycala, majac jeszcze przed oczami wesele z Biggar wydawało mi sie, ze to co jest w Hubie jest brzydkie i w ogole nie szykowne.
Ceremonia zaślubin miała miejsce na antresoli, potem panowie młodzi i ich goście zjechali na dół. Muszę przyznać, ze widać było miedzy wszystkimi tymi ludzmi ogromną sympatię, wszysscy sie witają, ściskają, nie widać było zadnych negatywnych odruchów z zadnej strony, nie wiem czy cała rodzina chłopaków brała udział w tym weselu, raczej wyglądało, ze zdecydowana wiekszosc to ich znajomi z jakichs zrzeszeń inwalidow i/lub zrzeszeń homoseksualistów, choc w sumie był jeden stolik starszych ludzi, ktorych mozna by posądzić o bycie dziadkami.
Mój sceptycyzm osłabł gdy zobaczyłam first dance - pierwszy taniec w wykonianiu dwóch mężczyzn na wózkach. Czulam sie troche jakbym oglądała paraolimpiadę. Stałysmy z patrycją pod ścianą, przyglądając się ich wywijasom... Było to naprawdę poruszające... jak jeszcze dołączyła do nich kolejna para - panienka karzeł na wózku z wysokim chudym panem na wózku - i też zaczęli tańczyć - prawie nam łzy poleciały, na codzień się nie widzi takich rzeczy. Bardzo bardzo nietypowa impreza...
Następny dzień - niedziela - i kolejne wesele. tym razem w siedzibie lorda Hopetouna, gdzie jacyś jego potomkowie wciąz zamieszkują niektóre czesci pałacu znanego jako Hopetoun House. Ale wesele nie miało nic wspólnego z rodem Hopetounów. Było to znów dość niezwykłe wesele, bo... hinduskie. Całkiem tez elegancko, szykownie, dosc spore jak na warunki hopetounowego pałacu. Panna młoda - śliczna młoda hinduska w tradycyjnym sari, bogato zdobionym, w czerwieni, z mnóstwem ozdób, cekinów itp - ale naprawdę urocze. Pan młody hm.. jedyne na co zwróciłam uwagę to były jego buty - wyglądały jak buty Alladyna. Białe z mocno podwiniętym czubkiem, prawie, ze zakręconym w koło.

większosc gosci pojawila sie tez w tradycyjnych strojach, kobiety w roznokolorowych sari, mezczyzni jednak raczej w garniturach. Pojawilo sie tez sporo brytyjczykow. Duzo dzieci, ogolnie troche taki balagan - kucharze hinduscy spoznili sie z jedzeniem, ludzie nie siedzieli przy stolach, tylko caly czas w ruchu, troche jak polskie wesele. zupelnie inny sposob serwowanie potraw niz przywyklismy do teog w Quality Linku. Ale mimo wszystko bylo calkiem sympatycznie, luzno, troche ciezko, bo trzeba bylo nosic ogromne półmiski z indian food na stoliki. Spodziewaliśmy sie ze panstwo mlodzi przyjadą na słoniu, ale nie. Przyjechali tylko skromnym Bentley'em ;)
Kolejne dwa wesela, to juz następny weekend. Ale zmeczenie juz daje sie we znaki wiec moze innym razem;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz