piątek, 24 lipca 2009

Graduation Ceremony

Po roku mniej lub bardziej wytęzonej nauki, zmagania ze zrozumieniem języka i treści przekazu, ze wszystkimi raportami i projektami, zarwanych nocach, przesiadywaniu do rana w Kilby Center przed komputerem przyszła chwila graduacji...





Jak część z was już wie, nie poszłam na swoją graduację, z paru powodów. Koszt - nieziemsko wysoki jak na stan mojej kieszeni na początku czerwca (kiedy to za ceremonię nalezalo zapłacić), jedyne osoby z mojej grupy, które kończyły tez ten rok - czyli dwójka francuzików - nie przyjezdzały na gratuation, częsc znajomych sie rozjechała, rodzice, moze troche mieli ochote, ale zdecydowali, ze jednak nie przyjada. Więc wszystko wpłynęło na decyzję, ze odpuszczam. Na szczęscie moi znajomi z businessów nie odpuścili i dwójka z nich 17lipca osobiscie, na podeście odbierala dyplom i ściskała rękę Deana. Kazda osoba mogla zaprosic 2 osoby towarzyszące - tym sposobem w bardzo miłym gronie zobaczyłam jak to wygląda.
















Ceremonia, oczywiście, troszkę nudnawa, przyznawanie doktoratów pracownikom uczelni (tak, tak) i mowy o tym, jaki to Edinburgh Napier University jest świetny. Nasi Chłopcy przeszli przez scenę, odebrali dyplomy, w przypadku Karola jeszcze medal i nagrodę za super osiągnięcia i najlepszą dissertation w School of Business.


Potem musieliśmy sie przemieścić (przy niezbyt rozpieszczejącej pogodzie) z Festival Theatre do campusu uczelni, gdzie czakało na nas drink reception! Tak, tak wreszcie! jestesmy na drink reception, ale nie jako obsługa. Tak nam dobrze znane drink reception, zasadniczo juz nam obrzydło przez pracę w Quality Link, ileż można - 'Would you like some more champagne, sir?' 'Would you like top up your wine, madam?' ehh. A tu wreszcie my zajadamy sie pięknymi canapes, dostajemy lampkę szampana i top-upy;)
Na koniec zostawiliśmy sobie sesję zdjęciową i przebieraniki w togę:) I zdecydowaliśmy, ze musimy dołozyc starań do tego, zeby w Polsce zwyczaj uroczystej graduacji w togach został wprowadzony, bo jest to naprawdę miłe przezycie;)


wtorek, 21 lipca 2009

Weselnych doświadczeń ciąg dalszy...

Uuuh, 5 wesel w przeciągu 10 dni.. - to było wyczerpujące. Ale 'coż to były za wesela' ;)

Pierwsze ujęło mnie za serce i to bardzo. Było przecudnie!! Wesele jak z filmu, ogromny biały marquee w ogrodzie, obok dwa małe namioty - jeden na drink reception, drugi dla dzieci (btw dla dzieci był wynajęty osobny staff, panie które organizowały im zabawy, pilnowały przy zabawie i jedzeniu itp)



Namiot główny (dla 230 gości) wyglądał po prostu prześlicznie! Czarne płótno jako sufit, z maleńskimi delikatnie migającymi światełkmi, jak gwieździste niebo... 18 okrągłych stołów, zastawionych bardzo elegancko, wystawne szkło, lampki na wino na super wysokiej nóżce, wysoki błysk szkła i sztućców, kwiaty, świece, krzesła w kremowym kolorze z granatowymi kokardami. Ogolnie tonacja kolorystyczna kremowo-granatowa. Zdjęcie poniżej oddaje co nieco ten klimat, niestety nie mogę w pracy robic zdjęc więc zapozyczyłam ze strony regencyevents.com



Samo wesele tez było niesamowite. Panna młoda pochodziła z RPA. Na wstępie, czyli przy drink reception i przekąskach śpiewał murzyński chór - przygrubawe Murzynki w długich do ziemi czerwonych togach, jak w filmach z Whoopi Goldberg. Druhny w granatowych sukniach, dwie małe dziewczynki-bliźniaczki w granatowo-kremowych sukieneczkach. Obiad, potem tańce. Świetny zespół grał na tym weselu, jakiś starszy pan złapał mnie na sali jak szłam z tacą, więc zakręciłam sie też z dwa razy na parkiecie;) było ślicznie... Pomijając fakt, ze z Edynburga wyjechalismy (wesele było w miejscowosci Biggar) o 10:30 a wróciliśmy o 2.00 w nocy, było super.



A następnego dnia, sobote, kolejne wesele. Tym razem w Edynburgu, w czymś co się nazywa the Hub, mieści się na Royal Mile i jest siedzibą festivalu edynburskiego. Wesele bardzo nietypowe. Najpierw dowiedzieliśmy się, że parą młodą jest para gejów. Następnie, że obaj poruszają się na wózkach inwalidzkich i że część ich gości również jest na wózkach. pomyślałam sobie tylko "...o matko!!' Sala niczym szczególnym nie zachwycala, majac jeszcze przed oczami wesele z Biggar wydawało mi sie, ze to co jest w Hubie jest brzydkie i w ogole nie szykowne.



Ceremonia zaślubin miała miejsce na antresoli, potem panowie młodzi i ich goście zjechali na dół. Muszę przyznać, ze widać było miedzy wszystkimi tymi ludzmi ogromną sympatię, wszysscy sie witają, ściskają, nie widać było zadnych negatywnych odruchów z zadnej strony, nie wiem czy cała rodzina chłopaków brała udział w tym weselu, raczej wyglądało, ze zdecydowana wiekszosc to ich znajomi z jakichs zrzeszeń inwalidow i/lub zrzeszeń homoseksualistów, choc w sumie był jeden stolik starszych ludzi, ktorych mozna by posądzić o bycie dziadkami.



Mój sceptycyzm osłabł gdy zobaczyłam first dance - pierwszy taniec w wykonianiu dwóch mężczyzn na wózkach. Czulam sie troche jakbym oglądała paraolimpiadę. Stałysmy z patrycją pod ścianą, przyglądając się ich wywijasom... Było to naprawdę poruszające... jak jeszcze dołączyła do nich kolejna para - panienka karzeł na wózku z wysokim chudym panem na wózku - i też zaczęli tańczyć - prawie nam łzy poleciały, na codzień się nie widzi takich rzeczy. Bardzo bardzo nietypowa impreza...





Następny dzień - niedziela - i kolejne wesele. tym razem w siedzibie lorda Hopetouna, gdzie jacyś jego potomkowie wciąz zamieszkują niektóre czesci pałacu znanego jako Hopetoun House. Ale wesele nie miało nic wspólnego z rodem Hopetounów. Było to znów dość niezwykłe wesele, bo... hinduskie. Całkiem tez elegancko, szykownie, dosc spore jak na warunki hopetounowego pałacu. Panna młoda - śliczna młoda hinduska w tradycyjnym sari, bogato zdobionym, w czerwieni, z mnóstwem ozdób, cekinów itp - ale naprawdę urocze. Pan młody hm.. jedyne na co zwróciłam uwagę to były jego buty - wyglądały jak buty Alladyna. Białe z mocno podwiniętym czubkiem, prawie, ze zakręconym w koło.




większosc gosci pojawila sie tez w tradycyjnych strojach, kobiety w roznokolorowych sari, mezczyzni jednak raczej w garniturach. Pojawilo sie tez sporo brytyjczykow. Duzo dzieci, ogolnie troche taki balagan - kucharze hinduscy spoznili sie z jedzeniem, ludzie nie siedzieli przy stolach, tylko caly czas w ruchu, troche jak polskie wesele. zupelnie inny sposob serwowanie potraw niz przywyklismy do teog w Quality Linku. Ale mimo wszystko bylo calkiem sympatycznie, luzno, troche ciezko, bo trzeba bylo nosic ogromne półmiski z indian food na stoliki. Spodziewaliśmy sie ze panstwo mlodzi przyjadą na słoniu, ale nie. Przyjechali tylko skromnym Bentley'em ;)



Kolejne dwa wesela, to juz następny weekend. Ale zmeczenie juz daje sie we znaki wiec moze innym razem;)

niedziela, 5 lipca 2009

Wesele po szkocku

Praca w agencji cateringowej daje jednak duzo mozliwości, umozliwia uczestniczenie w imprezach, których jako normalny, przeciętny człowiek nigdy w życiu pewnie bym nie uczestniczyła. Na przykład ogromne Garden Party u Królowej. Queen Elizabeth II przyjezdza raz na jakiś czas do Szkocji a co roku w jej szkockiej siedzibie Holyrood Palace (na przeciwko Szkockiego Parlamentu, u podnózy Arthur's Seat) jest organizowana wielka impreza w ogrodzie, w tym roku było zaproszonych 7100 osób. Było ślicznie, pogoda dopisała nadzwyczajnie, akurat była 'heat wave' (fala gorąca) nad UK, ponoc w Londynie 31 stopni. Slicznie, kwiaty (których część pozwolono nam wziąc do domu) eleganccy ludzie, wystrojone panie z kapeluszami, bardzo pieknie.



Ale nie o tym, nie o tym miało dziś być przeciez.



Wesela. Zdarzyło mi się uczestniczyć w bodajze 6 takowych uroczystościach, trochę jest inaczej niż u nas. Oto po krótce typowe szkockie wesele:
Pan młody (groom) jest zazwyczaj w kilcie, panna młoda (bride) w sukni koloru ecru. Goście płci męskiej w większosci w kiltach też, bardzo super wyglądają;)
Zaślubuny mają miejsce w jakiejś kaplicy lub też w jednej z sal wynajętego lokalu, w jakiejś bibliotece z zabytkowymi meblami wypełnionymi po sufit ogromnymi księgami itp.
Sala jest pięknie przygotowana, nakrycia z trzema widelcami, nożami, side plates'ami itp, szkło na wysoki połysk, białe obrusy na okrągłych stołach, białe nakrycia na krzesłach, wazony z kwiatami. Przyjęcia zazwyczaj niewielkie, 75-120 osób, plan dokładnie ułożony kto gdzie obok kogo, ustawione karteczki z nazwiskami (jeśli jest mniej formalnie - tylko z imionami).
Na początku odbywa sie tzw drink reception, powitanie szampanem w jednej z sal, canapes - drobne, eleganckie snaki typu łosoś, tarta ze szpinakiem lub grzybkami, zapiekany ser z jabłkiem i selerem, mozarella z tycim pomidorkiem i liściem bazylii, miniaturowe szaszłyczki, pachnące kawałeczki kurczaka, gorące mini-kiełbaski podawane w wydrążonym bochenku chleba, słodkie przekąski typu pudding ryżowy lub galaretkowy pimms , wszystko z tak niemozliwie trudnymi i wymyslnymi opisami, ze nie idzie tego zapamietac. Godzinne (max do dwóch godzin) drink reception odbywa się 'na stojąco', kelnerzy kręcą się wokoło dolewając szampana i oferujac przekąski. Fakt jest taki, że część gości doprowadza się juz wtedy do lekkiego stanu nietrzeźwości po skonsumowaniu 5 lampek szampana.
Pora na obiad, goście zostają wezwani do przejścia do pięknie przygotowanej sali, zawsze są ochy i achy, usadawiają się na swoich miejscach, kelner podchodzi do każdego stolika z dwoma butelkami wina oferując białe lub czerwone - first formal pour. Zaczynamy od startera (przystawki). Króluje łosoś, czasem jest zupa. Mały kawałek na środku talerza, z artystycznie polanym sosem i przyozdobiony efektownie jakimś trawskiem, ewentualnie kruchym krakersem. Odpowiednia ilość kelnerów podchodzi do kazdego stołu, tak, zeby dokładnie w tym samym momencie każdy z siedzących przy stole gości dostał swoją porcję. I tak rundki dookoła wsystkich stołów. Później danie głowne, porcje też 'racjonalnie' niewielkie, ale coś żeby było ładne, kaczka, jagnięcina, ziemniak w mundurku albo ryz, 2 ugotowane marcheweczki i pęczek ugotowanej fasolki szparagowej, ciemny sos, mega gorące talerze. Zazwyczaj lekkie zamieszanie z veggie options, choć zazwyczaj wiadomo wcześniej kto gdzie siedzi, więc np kelner nr 3 w swej prawej ręce niesie już wegetariańskie danie dla tej (nie)szczęsnej osoby, która nie je mięsa. W międzyczasie dolewki wina. Dzieci, jeśli jakieś są, dostają inną wersję - pizzę lub ziemniaczane pure z kiełbaskami.
Na koniec deser, oojj, tak, uwielbiam desery. Też estetyka na pierwszym miejscu, na talerzu naszkicowany czekoladowym sosem klucz wiolinowy, ciastko, lody, pudding w kieliszku, albo owocowy mus, róznie. Potem kawka podana z typowymi scotish tablets (super słodkie toffi w bardziej kruchej wersji o kształcie dużej kostki czekolady). No i jesteśmy po obiedziejest godzina 21 - teraz jeszcze jakies przemowy i ludzie zostają wygonieni z sali jadalnianej do sali na tańce. Czasem wiąze się to z przejsciem do innego budynku.
W momencie, gdy obiad jest zakończony otwiera sie bar = koniec darmowego alkoholu. Bar jest standardowy, bez żadnych ekskluzywnych drinków, ale zawsze jest jakiś wybór jednak. Piwo, wino, wódka, whisky, gin, rum z colą, spritem itp. Kazdy pije to co chce i za tyle za ile chce/moze zapłacić. Następuje pierwszy taniec, band grający bardziej lub mniej tradycyjne kawałki. Około 22 jest wieczorny buffet (czasem nawet nie ma) . Jeden długi stół pod ścianą na którym są: weselny tort pokrojony na kawałeczki, rozłozony na trzech talerzach, kawa i herbata do wyboru i zimne bułki z gorącym plastrem pieczonego boczku (veggie - bułka z jajecznicą). Ketchup, BBQ souce. Bufet trwa godzine około, potem składa sie i koniec żarcia. Ok 24 zamykany jest barek, o 00:30 goście wychodzą, czasem o 1:00. Koniec. Niektórzy raczej wytaczają się z tej sali a nie wychodza. i po imprezie. Nie ma żadnego siedzenia do 5 nad ranem, nie ma 4 gorących dań i 10 rodzajów ciast do wyboru, nie ma opustoszałych butelek wódki na stołach.
Ale zasadniczo jest wszystko, jest młoda para, są goście, jest obiad, jest toast, 3 godziny tańców, ciasto - jest wesele - wesele po szkocku.