Creperie była niczym nasz rodzinny-mieszkanowy business. Ja, Karol i Renia, wszyscy z jednego mieszkania, czulismy się, jakbyśmy to my sami prowadzili Cafe, szefcio miał na głowie jeszcze Wee Hut z niemieckimi kiełbaskami i drugą Cafe Crepes, wiec to my troszczylismy sie o biznes;)
Za ścianą rzadziły bagietki, z których staffem też mieliśmy super kontakt, więc dieta naleśnikowa czasem była urozmaicana jakś bagietką na sniadanie:)
Hanedan to zupełnie inna bajka, tam są ustalone już zasady i reguły, więc nie ma az takiej swobody, ale ogolnie jest bardzo miłe miejsce. Kucharz i wlasciciel w jednym - bardzo porzadny i dobry człowiek, tylko czasem mógłby się trochę wyluzować. Ale coż, zzdaję sobie sprawę, że niewiele mogę tu poradzić.
W sumie dobrze sie złożyło, że moglam czas pracy podzielic na dwa różne miejsca. Łatwiejsze dla psychiki jest zniesienie ponad 60h w tyg, gdy ma sie jakąś zmianą otoczenia w ciagu dnia. Moje zycie w sierpniu oparlo sie na bazie trójkąta: Polwarth Gardens - Cafe Crepes - Hanedan, lokalizujac to na mapie naprawde wychodzi trojkąt, a w jego srodku znajduje sie Underbelly, czyli jedno z bardziej ruchliwych centrów wydarzen festiwalowych.
Wygladało to tak, ze po porannym shifcie w naleśnikach, przechodziłam obok underbelly, zaglądając po drodze do Wee Hut z kiełbaskami, które akurat tam było ulokowane, i szłam do Hanedana. Po zakończeniu zmiany u Turka, wracałam pod Underbelly, gdzie spotykalismy sie z reszta nalesnikowego staffu i po jednej lub dwóch pintach i przygladaniu się ciekawym ludziom wracającym, tudziez wybierajacym sie na show, wracalismy do domu by nastepnego dnia powtórzyc rytuał;)
Czasem jeszcze zdarzalo sie przesiedziec do poznej nocy w Wee Hut pomagajac przy kielbaskach, jako ze byly one bardziej popularne niz nasze nalesniki, i czasem trzeba bylo wspomoc dobrych znajomch w trudach walki z klientami:P
Niestety pracując 7dni w tyg nie za bardzo był czas na zapoznianie sie z sztuką festiwalową, czasem udało sie wyjsc wieczorem na jakąs impreze, raz na show, który był nudnawy i przesiedzieliśmy w klubie 2h robiac origami z koleżanką, która akurat wróciła z Japonii i przywiozła specjalne papierki do zabawy w składanie;)
Ale trzeba przyznać, że miasto tętni życiem, faktycznie ludnosc podwaja sie (o ile nie potraja), na naszym mieszzkaniu przez ostatni tydzien festiwalu było 13 osób!!!! trudno uwierzyc ze wszysscy jakos sie pomiescili. Pewnej nocy po długim siedzeniu przy kiełbaskach wrocilam do mieszkania i przezyłam szok kladąc się do łóżka, które nie miało swojej zwyczajnej miękkości poniewaz.. ktoś wykradł mi jeden materac!!
Ale skończyło się, naleśniki oddaliśmy w rece nowych dziewczyn, ja pozostałam tylko przy Hanedanie, Karol pojechał na winobranie, Renia wrocila do Polski, Underbelly przestało istniec, pozostał jedynie pusty plac, van z kiełbaskami został odwiedziony na parking, mozna wreszcie normalnie przejsc przez Royal Mile bez stania w pieszym korku...Powiedzmy ze wszytko wrocilo do normy sprzed festiwalu, ale jakos tak puściej jest teraz... bardziej smutno, pogoda sie juz zepsuła totalnie... dzien wyjazdu zbliza sie nieubłagalnie i trzeba będzie opuścić piękny Edynburg... Eh, życie...