piątek, 8 maja 2009

MAJ!owa kolekcja wspomnień z 4 poprzednich miesięcy

Pora wrócić na blogowe łono, chyba...? nie wiem nawet dokładnie jak to się stało, ze przez tak długi okres nie napisałam nawet jednego słowa... W sumie wiem, lenistwo.

Straszne lenistwo mnie tu dopadło, aż mi wstyd się przyznać do tego.

A działo się różnie, dobrze i źle.



Były dobre imprezy... Powitanie pierwszego dnia wiosny z marzanną...

w fantastycznym, niezmiernie licznym gronie;) (a to jeszcze nie wszyscy którzy przybyli na party)


Fansastyczne imprezy tematyczne jak Mouse Party (ku uczczeniu myszek baraszkujących po mieszkaniu znajomych;)

Bawiliśmy się też w superherosów! Wprawdzie nie wszyscy mieli ochotę jednej nocy zamienić się w Superhero... ale byl Superman, CatWoman, Czarodziejka z Ksieżyca, James Bond, Indiana Jones, sporo policjantek itp;) Nie wiedzieć czemu pojawiła się też Pipi Langstrumpf i Joker.. może też coś mają wspólnego z herosami.. who knows?


Były też cudowne święta Wielkanocne. Malowanie pisanek, wydrapywanie i nabijanie;)



Wielkanocne Śniadanie u Patrycji zgromadziło ponad 20 ludzi i smakołyki z różnych zakątków świata. Była oczywiście zupa chrzanowa, był żurek z kiełbaską, sałatki, hinduskie i meksykańskie jedzenie, mazurek w wydaniu francuskim... Niemcy, Szwecja, Hiszpania, Francja, Indie, Meksyk, Polska, Szkocja zjednoczyły się przy wspólnym stole.



Po obzarstwie tysiąclecia szanoowna grupeczka zmobilizowała się i wyszła na zieloną trawkę, hah!~To było cudowne, marne próby gry w golfa na Meadowsach (mało nie zakończone katastroficznym uderzeniem małego dziecka ciężką piłeczką golfową- nie nie, nie przeze mnie, ja nie posiadam az takiej mocy uderzeniowej;)




Tak więc po marnych próbach gry w golfa, przeszliśmy do bardziej zespołowej dyscypliny jaką bylo rugby!! haha:D



Zabawa na całego, tym bardziej że część z nas, wystrojona w białe bluzeczki - w końcu święto, nie? - biegaliśmy jak szaleńcy po łąkach, rzucając sie za piłką... i na siebie też;)




Next - Śmigus Dyngus!! No przecież Wielkanoc nie może sie obejść bez lanego poniedziałku. kolejna zbiórka w innym parku i wielka akcja pt Wet Monday połączony z zachodnioeuropejskim zwyczajem chowania i szukania jajek:


Tym dzielnym sposobem dotarłam w mojej opowieści do połowy kwietnia.
Zupełnie inny czas niż pierwszy semestr... W zasadzie po pierwszym semestrze wszystko się zmieniło - inne mieszkanie, nowi, bardziej rozmowni współlokatorzy (nie jak poł-angliko-szkot karlik-idiota...przykro mi, ze tak sie wyrazam o czlowieku, ale brak słów po prostu) rezygnacja z okropnie denerwującej pracy na stacji zaowocowała zwiększoną ilością czasu i radykalnie zmniejszoną ilością pieniędzy.
Powróciłam za to do krakowskich korzeni pracy w cateringu/gastronomii. Spoczko praca, ale niestety zatrudnienie przez agencję nie daje pewności co do ilości godzin w ciągu tygodnia... Życie pędzi więc teraz z tygodnia na tydzień, w jednym tyg 22h pracy i ponad 100f, w kolejnym pare godzinek i wypłata z której można się pośmiać... Potem przychodzi rachunek za electricity na 400f i sprawia, że nogi ci się uginają i znów myślisz, hmm... jak to zrobić, gdy na koncie jest 40f a pracy na przyszły tydzien 8h...
Borykanie się z uczelnianymi sprawami pobiera ze mnie więcej energii niż dostarcza jej jedzenie... Przydałoby się jakieś nowe, niewyczerpywalne źródło energii... Ale jeszcze może styknie do końca semestru i zacznie się odnawiać;) Oby, of course - positive thinking.